Model XXL: Burger w lukrowanym pączku z ogórkami kwaszonymi, kiszonezem i bekonem

by Stonerchef

Tak nam ostatnio wpadło do głowy, że gdy tyle mówi się o modelkach XXL, modele z tym samym rzymskim oznaczeniem są bezczelnie pomijani. A media milczo. Nasz przepis jest wyrazem sprzeciwu dla tak rażącej dyskryminacji. Niechaj burger w pączku stanie się symbolem wolności, konstytucji i zagramanicy.

Burger w pączku to jest taki trochę kontrowersyjny temat, tak nawiasem mówiąc. Można nawet powiedzieć, że mamy tu do czynienia z jeszcze większą kontrowersją niż w przypadku pizzy hawajskiej, no bo wiadomo, to się zdarza (zresztą sami się do tego grona dewiantów zaliczamy), no ale burger w pączku, w takim polukrowanym jeszcze — jak to tak?

Jedni go kochają, inni się go boją.

A właściwie lękają, a nie boją, bo lęk z definicji oznacza nieuzasadnioną obawę. I ten emiter lęku, ta antena satelitarna Polsatu na kubkach smakowych, to jest właśnie coś, co czyni burgera w pączku czymś wyjątkowym.

Zwyczajny, najprostszy lukier tak pięknie przełamuje smak burgera, że to, co wyprawia się na podniebieni… tego nie oddadzą żadne słowa.

Oczywiście trzeba wiedzieć, jak takiego burgera skomponować, żeby czasem nie przedobrzyć w stronę słodyczy, bo wtedy faktycznie omdlenie gwarantowane — i to wcale nie z powodu gigantycznego wrażenia na widok tej konstrukcji.

Naczelna zasada stonera brzmi: jeśli robisz burgera w pączku, zadbaj o to, żeby było tam sporo słonych i kwaśnych smaków.

Dlatego kotlety obdarowaliśmy hojnie solą i pieprzem.

Dlatego rzuciliśmy do niego po 4 plastry bekonu.

Dlatego obłożyliśmy wszystko podwójnym serem

Dlatego poprawiliśmy kwaszonym ogórkiem.

Dlatego znalazł się tu kiszonez.

Więcej grzechów nie pamiętamy, ale jak śpiewał Krzysztof Krawczyk — życie z burgerem w pączku to nie grzech.

Do przygotowania burgera w pączku przydadzą się:

  • frytownica, garnek z grubym dnem lub wok,
  • termometr kuchenny,
  • żeliwna patelnia grillowa,
  • nóż szefa kuchni,
  • trzepaczka,
  • szpatułka,
  • zryta bania.

Składniki (na dwa burgery):

Burger w pączku:

ok. 400g wołowiny zmielonej z antrykotu (po 200g na pączka)

2 pączki z najwspanialszego przepisu

Dwa ogórki kwaszone pokrojone wzdłuż

Kilka plastrów cheddara (może być też mimolette)

8 plastrów bekonu (po 4 na pączka)

Kiszonez

Sól i pieprz do smaku

Posiekana sałata lodowa (żeby stwarzać pozory i chrupać)

Ogólny zamysł jest taki

Żeby mieć już wcześniej przygotowane pączki i kiszonez. Pączki mogą być z dnia poprzedniego smażenia, chyba, że miały to być dedykowane pączki i zrobiliście je tego samego dnia — tym lepiej. Jeśli nie, to i tak robicie zero-waste jedzeniowy.

Jeśli zaś chodzi o burgery, to każdego z kotletów formujemy w następujący sposób: zaczynamy je wyrabiać niczym ciasto na pizzę, ale bez przesady, żeby nie zacząć wbijać wołowiny w blat. Musi nam się ona po prostu dobrze zewrzeć, a pomoże w tym energiczne przerzucanie jej sobie z rąk do rąk, z charakterystycznym „plaskiem” przy odbiciu — coś, jakbyście sobie podawali piłeczkę do baseballa z rąk do rąk.

Potem pozostaje nam już tylko uformować kotlety w ładny okrąg, docisnąć tu i ówdzie przy krawędziach jeśli chcemy mieć je naprawdę idealnie okrągłe, a następnie rozgrzać mocno patelnię grillową, doprawić mięcho szczodrze solą i pieprzem i smażyć po ok. 2 minuty z każdej strony — wtedy powinno być idealnie różowe.

Po przewróceniu mięsa na drugą stronę, od razu kładziemy ser. Jeśli mamy cienkie plastry, powinien się ładnie stopić w tym czasie. Jeśli nie, to albo palnik w ruch, albo włączamy piekarnik z grillem na mocne grzanie i wrzucamy tam mięso dosłownie na 20-30 sekund.

Bekon możemy usmażyć zawczasu do wymarzonego stopnia (ważne, żeby go przewracać co ok. 10 sekund na drugą stronę, niech się równo usmaży) i na reszcie tłuszczu zrobić burgery, wtedy jeszcze ładnie przejdą wędzonym aromatem. Jeśli tłuszczu jest za dużo, to można większość zlać.

Dalej to już jest tzw. monkey job, bo pozostaje nam przekrojenie pączka (wcześniej polukrowanego), posmarowanie dolnej części zwykłym majonezem, ułożenie sałaty, burgera, pochlapanie kiszonezem, smagnięcie bekonem, dorzucenie jeszcze więcej kiszonezu, nonszalanckie rzucenie ogórków kwaszonych, ostatniego kiszonezu — i zamknięcie górą pączuszka.

Nie ma chyba piękniejszego uczucia, niż to, kiedy człowiek wgryza się w pączka i dostaje niewinnie cukrem po języku, żeby zaraz zanurzyć się w głębokich, intensywnych, wytrawnych smakach z nutą kwaśności, a na końcu dostać znowu z partyzanta od ulukrowanego pączka, który robi format dysku na kubkach smakowych i pozwala na nowo napawać się przyjemnością zjadania wyjątkowego posiłku.

Nie lękajcie się burgera w pączku!

podpis pod postem

Zobacz również inne artykuły