Stoner TripFood Blogger Fest VII – Rano Zebrano, prawdy objawione i mięso ze słoika

Jesteśmy blogerami kulinarnymi – to jest fakt, chociaż to określenie dzisiaj wywołuje podobne reakcje, co status studenta filozofii, tudzież turystyki krajów biblijnych. Chcielibyśmy odczarować w końcu ten niesławny wizerunek blogera kulinarnego w sferze komercyjnej. Taki cel nam właśnie przyświeca zaraz obok rzucania mięsem i serem po Waszych wygłodniałych ślepiach. Dlatego edukujemy się, no i ta właśnie potrzeba edukacji zaprowadziła nas na siódmą już edycję Food Blogger Fest – konferencji dla blogerów kulinarnych.

Większość blogów z żarciem jest niestety prowadzona w sposób bardzo niedbały i już pal licho gotowe, totalnie zrandomizowane szablony, na których miesza się język polski z angielskim, czy trzymanie swojego dobytku na blogspocie. Chodzi po prostu o to, że blogerów kulinarnych, którym chodzi o coś więcej niż trzymanie swoich wykwintnych przepisów w formie internetowego notesu na wypadek gdyby zapomnieli jak się je przyrządza przed wizytą rodziny, jest po prostu garstka.

Ból i nadzieja (pisane poprawnie)

Nie dziwi więc fakt, że ogrom gotujących blogerów decyduje się na współprace z różnymi markami za kwartalny zapas makaronu, gotowych dżemów, czy innych równie luksusowych produktów. Zdziwienie ustępuje natomiast uczuciu zażenowania, bo ci internetowi kuchmistrze – w mniej lub bardziej świadomy sposób – psują rynek i sprawiają, że według agencji marketingowych blogerów kulinarnych można mamić i obdarzać przeróżnymi barterami, począwszy od tych wyżej wymienionych, poprzez fartuchy, jogurty, pakiety z przyprawami i wiele, wiele innych. Jednym tylko nie można ich darzyć – szacunkiem.

barter

Tym bardziej cieszyliśmy się na myśl, że pojawimy się na konferencji, która zrzesza nasze środowisko, bo być może uda się odpowiedzieć prelegentom na kilka ważnych dla tej części blogosfery pytań. Do tego bardzo kusiła nas kwestia networkingu, czyli wzajemnej burzy mózgów, budowania kontaktów i dokładania swojej cegiełki do rozwoju tej społeczności.

Jak było? Zobaczcie sami.

Food Blogger Fest VII – od prelekcji po networking

Cała konferencja odbyła się w Warszawie, a konkretnie w budynku, w którym mieści się siedziba Agory. Oczywiście dotarliśmy tam prawie na styk, bo przecież przed wyjściem trzeba przyswoić dawkę kofeiny po zarywaniu nocy przy snuciu planów na tworzenie kolejnych gastro potworów. Mimo wszystko udaje nam się trafić na rejestrację  uczestników i zostajemy obdarzeni identyfikatorami, dzięki którym przez chwilę czujemy się Very Important Personami. Dostajemy też do rąk rozkład jazdy, żebyśmy czasem nie zgubili się pomiędzy tymi wszystkimi stoiskami, a plan konferencji wyglądał w ten sposób.

plan konferencji

Na warsztaty się nie załapaliśmy, bo bardziej interesowały nas występy prelegentów, zwłaszcza że wśród nich znajdował się pomysłodawca i szef projektu Rano Zebrano – platformy zrzeszającej lokalne gospodarstwa i dostarczającej naprawdę odżywcze i ekologiczne produkty do domów swoich klientów.

Zdążyliśmy wysłuchać, co każdy miał do powiedzenia, a po wszystkim zwiedziliśmy stoiska każdej z firm, które wystawiały się na Food Blogger Fest, a pojawiły się wśród nich między innymi: Wedel, Książęce, Zott i Barilla.

Mamy kilka wniosków, które wynieśliśmy z konferencji. Przygotujcie się więc na huśtawkę nastrojów, bowiem w naszych głowach odzywały się zarówno „achy” jak i kibolskie gwizdy.

„ACHY”

Ach #1 – Rano Zebrano

Jeśli chodzi od prelegentów, to zaczniemy od szynki strony, bo to właśnie ostatni występ porwał nasze serca. Na scenę wyszedł Przemek Sendzielski, pomysłodawca internetowego targu Rano Zebrano. Wyobraźcie sobie, że logujecie się do gry, w której wybieracie sobie lokalnego dostawcę i kupujecie po kolei: jajka od zadowolonych kur, autentyczne mleko, niepryskane niczym warzywa, a także mięso wysokiej jakości, w którym tegoż mięsa jest 100 procent. Tylko że to nie jest gra – to piękna rzeczywistość.

Jeszcze pękniejsze było to, z jaką pasją i ciepłem Przemek opowiadał o swoim projekcie – właściwie w 20 minut był w stanie przedstawić nam od A do Z sposób, w jaki funkcjonuje ten internetowy targ, jak pozyskują dostawców, co się dzieje, kiedy do rano zebranych plonów wkradnie się robak, a także jak przekonują do Internetu nawet najbardziej konserwatywnych władców ciągników.

Z Przemkiem udało nam się porozmawiać po jego prelekcji i przyznajemy z ulgą w sercu, że taka sama dobra energia bije od tego człowieka zarówno ze sceny, jak i przy kontakcie osobistym. W dodatku, gdy dowiedział się, że na Stonerchefie uprawiamy kulinarne Dionizje z użyciem mięsa i warzyw prosto z bazaru, oczy zaświeciły mu się z radości. Mamy nadzieję, że nie zarwał zbyt wielu nocy wgapiając się w nasze foodporny, bo biznesu też trzeba doglądać. Nas z kolei zafascynowała obecność czekolady z nasionami konopii w ich asortymencie –  w każdym razie takie inicjatywy jak Rano Zebrano należy krzewić.

Ach #2 – Justyna Kawiak (Ongolala.com i cukiernia Nanan)

Nie ukrywamy, że marzy nam się własna knajpka. Wiecie, taka, w której będziemy mogli Was autentycznie karmić płonącym Mac & Cheetosem, a w witrynach będą stały nieprzyzwoicie czekoladowe ciastka brownie. W skrócie, mamy taki cel, żeby przejść od online’u do offline’u – i o tym była właśnie druga prelekcja.

Justynie się to udało, bo pasję, którą prezentowała jeszcze do niedawna na swoim blogu, przeniosła do wrocławskiego lokalu o dźwięcznej nazwie Nanan. Co prawda stwierdzenie, że prezentacja nas zachwyciła byłoby niewielkim nadużyciem, bo jednak zabrakło konkretów odnośnie do procesu powstawania takiego lokalu, ale z drugiej strony trudno wymagać przedstawienia wnikliwej analizy wszystkich składowych takiego przedsięwzięcia w 20 minut.

Co nas jednak urzekło, to sposób w jaki ten mini-wykład został poprowadzony. Justyna – zanim zdecydowała się postawić na swoje – pracowała we włoskiej korporacji i chyba stamtąd wyniosła ponadprzeciętne metody prezentowania treści, bo słuchało się tego nad wyraz przyjemnie.

Ach #3 Wedel i stoisko Rano Zebrano

Oprócz prelekcji można było podziwiać stoiska firm, które się tam wystawiały. Piw nie degustowaliśmy, bo alkoholu używamy jedynie do gotowania, natomiast całkiem fajnie patrzyło się na pokaz przyrządzania potraw z użyciem piwa prowadzony przez Książęce i Jaja w Kuchni.

warsztaty książęce
Oczywiście w tłumie osób musiała znaleźć się ta jedna, która rzuciła uwagę, że „coś strasznie śmierdzi tłuszczem”, ale wiadomo nie od dziś, że takich ludzi stawia się zaraz obok ryb w kategorii zabierania głosu.

Potem było już tylko lepiej, gdyż mieliśmy tę okazję i bardzo dużą przyjemność, aby przyjrzeć się temu, co pichci ekipa Wedla. Początkowo spodziewaliśmy się, że będzie grane coś słodkiego, a tu niespodzianka, bo na wedlowskim stanowisku powstawało chili z dodatkiem czekolady, cynamonu i kolendry – słowem, coś, co miałoby dużą szansę znaleźć się na naszym blogu.

warsztaty wedel

Oprócz tego widać było po kucharzach gęsto kipiącą zajawkę, a na szczęśliwych gotujących ludzi patrzy się równie przyjemnie, co na koty nawąchane kocimiętką.

Jak już nagapiliśmy się na czekoladowe gotowanie, to nasze oczy piękne i natury głodne zwróciły się ku stoisku Rano Zebrano. Tam mieliśmy okazję na degustację prawdziwego mleka prosto od krowy, obłędnie smacznego pieczywa, w pełni naturalnego masła, jabłek z ponad dwudziestoletnich drzew i wreszcie białego sera z krowiego mleka, które wyryło się w naszej pamięci CAPSLOCKIEM.

food blogger fest

food blogger fest

food blogger fest

Oprócz tego podjęliśmy wyzwanie – według części z Was być może urągające Stonerchefom – skosztowania hummusu i wegańskiego smalcu. TAK! ZBRUKALIŚMY SIĘ WARZYWEM, A NAWET ŹLE NAZWANĄ POTRAWĄ WEGAŃSKĄ. Na początku co prawda mówiliśmy, że nie, bo jesteśmy uczuleni na wegańskie potrawy i boimy się, że po spróbowaniu takowej przykulibyśmy się łańcuchem do sklepu mięsnego albo poobrzucali niewyklutymi kurczętami jakąś fermę, no ale koniec końców przecież cierpienie uszlachetnia, a kucharz wszystkiego winien spróbować, prawda?

No to spróbowaliśmy. Wbrew zapewnieniom, że gdyby nie to, iż oni nam powiedzieli, że to jest smalec z warzyw, to byśmy w ogóle nie poczuli różnicy, tę różnicę dało się wyczuć. No a hummus, jak hummus – smaczny, aczkolwiek szynki nie urywał. Najważniejsze, że bez konserwantów i od lokalnego dostawcy – to się zawsze ceni.

Oprócz tego nasunęły nam się następujące wnioski:

  • Pierwszy raz poczuliśmy jak smakuje mleko, a nie barwiona woda
  • To nie jabłka powodowały u nas reakcje alegiczne.
  • Polscy wytwórcy pieczywa nie mają sobie równych.
  • Chętnie zamieszkamy w tym gospodarstwie, z którego pochodziło mleko, masło i ser. Będziemy gotować i wypruwać sobie żyły na roli. Za nabiał – w końcu jesteśmy blogerami kulinarnymi.

Ach #4 – Gifty

No, to bardziej taki aszek niż ach, ale zwyczajnie miło było otrzymać podziękowanie za udział w przedsięwzięciu w postaci kilku drobnych upominków. Inna sprawa, że znaleźli się blogerzy, którzy wymienili ten aspekt, jako jedną z głównych zalet wykonywania tego zawodu i jeszcze wrzucali na fejsa zdjęcia każdego prezentu z osobna.

Kibolskie gwizdy

Gwizd #1 – brak konkretów

Zabrakło kilku – według nas – istotnych rzeczy podczas całej konferencji. Abstrahując już od wcześniejszego problemu współpracy za zapasy żywności, nie padło ani jedno zdanie na temat tego, co właśnie blogerzy kulinarni mogą zrobić, aby mądrze komercjalizować swoje blogi. Nie pojawił się żaden prelegent, który opowiedziałby o budowaniu marki przez blogera, o różnych kanałach współpracy i w ogóle o tej kwestii działalności, która wychodzi poza „wspólne spotkania i ploteczki”, czym niektórzy tam obecni uczestnicy później chwalili się na swoich profilach.

Zawiodła pierwsza prelekcja. Na początku mieliśmy otrzymać wykład o ważnych strategiach, które warto stosować w social mediach, ale z powodu niedyspozycji prelegentki, ta została zastąpiona przez Maię Sobczak – autorkę bloga Qmam Kaszę i inicjatorkę akcji #MyNoWaste, która promuje niemarnowanie jedzenia.

maia sobczak

Był to skądinąd festiwal truizmów i między innymi takich stwierdzeń:

Wyrzucając marchewkę, wyrzucasz pieniądze, które zarobiłeś przez godzinę.

Generalnie cała prelekcja wyglądała tak, jakby prezentująca przyszła pochwalić się swoim „innowacyjnym” pomysłem, radząc przy okazji, żeby np. z resztek ryżu i cukinii przygotować jakiś zaskakujący przepis na bloga. No faktycznie, resztki ryżu z cukinią na blogu to jest to. Głupi my.

Gwizd # 2 – podcinanie skrzydeł

Wydanie własnej książki to też jedna z pozycji na naszej liście rzeczy potrzebnych do spełnienia i po prośbach, które otrzymujemy od Was w wiadomościach prywatnych wnosimy, że Wam też podobałaby się taka pozycja naszego autorstwa na półkach. Wobec tego ucieszyliśmy się na myśl o prelekcji na temat tworzenia i wydawania własnej publikacji. Tutaj pole do popisu miała inicjatorka konferencji, Małgorzata Minta.

minta eats

No i się nie popisała. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie każdy jest zwierzęciem na scenie, ale ilość „eeeee”, „yyyyyy”, „meeeeee” zdominowała część merytoryczną, którą można było odebrać w taki sposób, jakby prowadząca ogarnęła się, że ma za kilka godzin wystąpienie i stwierdziła, że trzeba coś tam opowiedzieć o pisaniu książki.

Dwa stwierdzenia, które nas bardzo uderzyły podczas prezentacji:

  1. Nie oszukujmy się, na książkach się nie zarabia.
  2. Jak chcecie napisać książkę, to wyślijcie pomysł do wydawnictwa.

To zaskakujące, że w czasach, w których self-publishing staje się metodą coraz częściej obieraną przez blogerów i przynosi faktyczne zyski, na konferencji dla blogerów kulinarnych omawiana jest tylko ta jedna, utarta droga – do wydawnictwa. I to wszystko zakończone bardzo „optymistycznym” akcentem.

Gwizd #3 – bemary, skuter i mięso ze słoika.

Oprócz prawd objawionych i braku przygotowania niektórych prelegentów, po oczach raziło też jedzenie przygotowane na lunch, które leżało w bemarach. Nie wiemy, czy była to satyra na podejście blogerów kulinarnych do jakości swoich przybytków, czy też po prostu zabrakło czasu na przygotowanie tego elementu konferencji, ale można to było zrobić dużo staranniej.

No i uwaga, panie i panowie, teraz wisienka na torcie, a raczej bazylia na makaronie. Między stoiskami wystawców też panował ogromny kontrast, bo o ile Wedel, Książęce i Rano Zebrano zachwycały swoją kreatywnością, o tyle Barilla postanowiła przenieść nas na szkolną stołówkę połączoną z przyjazdem pana fotografa na zdjęcia klasowe. 

barilla

Zdjęcie wygląda imponująco, prawda? Niestety to bogate stoisko było obsługiwane przez dwóch panów, którzy przez cały czas mieszali jedynie makaron z trzema sosami ze słoika na patelni, a jedyne co się zmieniało, to rodzaje pasty. Nie mówiąc już o tym, że spaghetti z pesto się dziwnie kleiło, a jego odpowiednik w wersji bolognese zawierał mięso również ze słoika.

W konsternację wprawił nas też czerwony skuter stojący na tle płótna z widokami prosto z Włoch. I w sumie to nie wiemy, co było gorsze – to, że on tam stał, czy to, że duża część blogerów bardzo entuzjastycznie się na nim fotografowała. 

A można było w tym czasie pouprawiać jakiś fajny networking. Tego też nie było – wszyscy byli zajęci konsumpcją jedzenia z bemarów.

Jaka przyszłość stoi przed Food Blogger Fest?

Właściwie to wszystko zostało już powiedziane. Food Blogger Fest to konferencja, która ma potencjał i sama inicjatywa jest jak najbardziej godna podziwu. Wiele aspektów tego wydarzenia zasługuje na uznanie, natomiast niestety są wśród całości rażąco nieprofesjonalne elementy. Pozostaje mieć jednak nadzieję, że organizatorzy Food Blogger Fest wyciągną wnioski z owych niedociągnięć i nie będą się jedynie pławić w zachwytach napływających od wiecznie zdziwionych i zafascynowanych grażynek. Koniec końców, takie konferencje też wpływają na to jak my, blogerzy kulinarni, jesteśmy postrzegani przez inne gałęzie blogosfery i potencjalnych partnerów.

podpis pod postem