Stoner LifeTHCWeedukacjaJak smakował nasz pierwszy legalny joint?

30 lipca, 2019by Stonerchef0

Fot. PiKwadrat Studio

Konopie towarzyszyły nam obojgu przez dość długi czas, ale kiedyś nawet nie pomyślelibyśmy, że staną się one naszym sposobem na życie, a edukacja konopna nada nowy kierunek naszej działalności. A wszystko to za sprawą naszego pierwszego wypadu do Amsterdamu, kiedy Stonerchef był jeszcze przed premierą, a my utonęliśmy w tamtejszej kulturze konopnej i zainteresowaliśmy się, hm, botaniką od strony naukowej. Można trochę na wyrost powiedzieć, że pierwszy legalnie spalony joint nas uformował, a przynajmniej ten proces rozpoczął.

Pierwszego wspólnego gibona wysmażyliśmy jeszcze podczas fazy „związku na odległość”.

To było wczesne zimowe popołudnie — dość zimne, a i słońce tego dnia zdawało się jakieś bardziej wstydliwe niż zwykle o tej porze — więc powzięliśmy pomysł wrzucenia na ekran pierwszego sezonu „Odwróconych”, oczywiście po odpowiedniej suplementacji.

Atmosfera serialu dośc dyskusyjna jak na klimat do palenia, ale zawsze — tak zawsze, zawsze, „najzawszej” — będziemy pamiętać ten wybuch śmiechu po zakończeniu rozważań o tym, dlaczego doktor Pawica zrezygnował ze stabilnej posady w szpitalu w Leśnej Górze na rzecz mordowania ludzi w zorganizowanej grupie przestępczej.

A po „Odwróconych”…

Niedługo potem zaczęliśmy sobie nieśmiało czytać zagraniczne publikacje o konopiach, śledzić to, co dzieje się na oficjalnie regulowanych rynkach i powoli połykać tego botanicznego bakcyla.

Nieco ponad rok później kupiliśmy pierwsze bilety do Amsterdamu — to był czerwiec 2016 roku. Już parę miesięcy pracowaliśmy jako freelancerzy (wtedy jeszcze w innej niszy), akurat kończyliśmy domykać część projektu z większego zlecenia, a ja miałem w głowie przebiegły plan poproszenia Królowej Słodkości o jej słodką rękę.

… Władca Pierścieni

Oczywiście jak to w Polsce bywało wtedy z klientami (z obserwacji facebookowych gup dla copywriterów wynika, że ta sytuacja utrzymuje się do dzisiaj), praca miała być na wczoraj, a wypłata, jak księgowa wróci z Narnii, więc przez cały wieczór do wyjazdu czekałem, jak na szpilkach, czy wszystko przyjdzie w terminie — na szczęście w ostatniej chwili założył mi się na głowę czepek, w którym byłem rzekomo urodzony i jeszcze w dzień wylotu pognałem niczym Struś Pędziwiatr po pierścionek.

Na szczęście reszta eskapady przebiegła gładko niczym masełko w temperaturze pokojowej po kromce białego chleba.

Praktycznie całą podróż spędziliśmy snując śmiałe plany podboju Amsterdamu, odkrywania holenderskich specjałów — tych bardziej i mniej kulinarnych — smakowaniu kuchni tamtejszych imigrantów, no i (KAMAN!) oddychania tamtejszą wolnością, dosłownie i w przenośni.

Po wylądowaniu na lotnisku zaopatrzyliśmy się w bilety do centrum miasta, po czym przeszedłszy przez drzwi wyjściowe Schipolu i nabrawszy powietrza w nozdrza, powiedzieliśmy to, co każdy Polak mówi, kiedy wystawi stopę za wrota lotniska:

O, czuć zioło.

Całkiem sprawnie dotarliśmy do centrum, a tam kolejna zagwozdka: gdzie tu jest najbliższy coffeeshop?

W tej sytuacji warto zawsze zdać się nie tylko na zapach, ale i na instynkt, no bo przecież wiadomo, że to musi być gdzieś zaraz nieopodal dworca.

Faktycznie, był — i do dzisiaj go odwiedzamy z dużym sentymentem, a nawet wymieniliśmy go ostatnio na liście naszych ulubionych coffeeshopów w Amsterdamie.

Nazywa się dość sugestywnie, bo Central Coffeeshop.

Wbijamy więc do środka, akurat udało nam się trafić o czasie, kiedy kolejki jeszcze nie ciągnęły się przed wejściem, no i wiecie — w tym całym natłoku myśli i bogactwie zieleni za ladą — trochę nas onieśmieliło, więc po krótce objaśniliśmy, co nam się marzy, żeby generalnie było wesoło i przyjemnie, a jeden z budtenderów wyciągnął 2 pre-rolle White Widow z prędkością, której nie powstydziłby się sam Mike Tyson w szczytowej formie, po czym wręczył nam je z wymownym uśmiechem na ustach.

Zapewne zastanawiacie się, co z pierścionkiem.

Otóż po zaopatrzeniu się w kannabinoidy poszliśmy złożyć bagaż, z którego wcześniej — jeszcze na lotnisku — wyjąłem pudełko z pierścionkiem z gracją autobusu przegubowego wykonującego manewr skrętu na rondzie, choć z mojej perspektywy wyglądało to bardzo subtelnie.

Po czym schowałem go do wewnętrznej kieszeni marynarki, gdzie spoczywała jeszcze zapalniczka.

A to był błąd.

Romantyczny thriller

Wychodzimy z Centrala, przed nami maluje się jakby portowa okolica, nad którą góruje słynne Nemo. Akurat zaraz ma być zachód słońca — no jeszcze szkoda, że słońce w Amsterdamie nie zachodzi o 4:20, ale nie można mieć wszystkiego.

I wtem słyszę:

O, kochanie, a Ty masz przecież ogień w kieszeni marynarki, prawda?

Z jednej strony ekscytacja, bo przecież to Amsterdam i można spokojnie delektować się kannabinoidami w przestrzeni miejskiej i chciałoby się powiedzieć, że „oczywiście, kochanie, proszę , oto twoja zapalniczka”, a z drugiej panika, bo jej dłoń niebezpiecznie już wędruje do tej kieszeni — a trochę głupio się rzucać, że weź zostaw, jak tu zaraz ma być taki romantyczny highlight.

Z wybornym zakończeniem

Koniec końców pożar udało się ugasić, ja wygłosiłem swoją hollywoodzką mowę, która i tak później została podsumowana mniej więcej w ten sposób:

O jaaaa! Jestem Twoją narzeczoną, jak super! Haha! A co Ty w ogóle tam wcześniej mówiłeś? Bo trochę w szoku byłam i nie pamiętam.

W każdym razie przyszedł czas na celebrację, a więc każde odpaliło swoją świeczkę i z uśmiechem od ucha do ucha, zaczęliśmy dzwonić po rodzinach z wesołą nowiną.

Obok nas w tym czasie przejeżdżał patrol policji. Co prawda nie klaskali jak ten legendarny kierowca autobusu, ale za to uśmiechnięci pomachali nam uderzając oponami o niechlujnie ułożoną kostkę brukową.

A potem patrzyliśmy sobie na zachodzące słońce, a gdy płomień zgasł, podnieśliśmy nasze szczupłe zadki i obraliśmy azymut na kwaterę.

To właśnie ten patrol zawiązał piękną wstążeczkę na naszym przylocie i sprawił, że pierwszy legalny joint smakował nie tylko kwiatami, lasem i trochę ziemią — ale przede wszystkim wolnością.

PS Na tym wyjeździe zrobiliśmy w 5 dni ok. 50 kilometrów pieszo, kolejne 40 rowerami, odwiedziliśmy serowy targ w Alkmaar, zawitaliśmy do wielu przybytków gastro rozpusty — puszczając z dymem kilkanaście różnych szczepów kwiatów, zjadając po ciastku i zaliczając bardzo przyjemną wieczorną sesję z waporyzatorem stacjonarnym. To tak w temacie stereotypu leniwego stonera.

A jak smakował Wasz pierwszy legalny joint? A może to jeszcze przed Wami?

Powiązane artykuły: