THCWeedukacjaJak wygląda kontrola policyjna u pacjenta medycznych konopi? (z pierwszej ręki)

3 października, 2019by Stonerchef0

W zeszłym tygodniu zrobiło się głośno o pacjencie medycznych konopi, któremu policja zarekwirowała susz do kontroli pomimo przedstawienia przez niego dowodów przemawiających za statusem pacjenta. Nam również przypadł zaszczyt tłumaczenia się przed policją z posiadania rośliny, która leczy, ale nasze doświadczenie było zgoła inne. W czym więc rzecz?

Medyczne konopie to w Polsce wciąż świeży temat dla każdej z zainteresowanych stron — pacjentów, lekarzy, ustawodawców, a także służb, które dane prawo kontrolują i egzekwują.

Również dla policji.

Dlatego każda ze stron powinna zadbać o to, aby przygotować się do sytuacji, w której nastąpi ewentualna kontrola policyjna — czy to na mieście, bo drogi pacjenta i policjanta skrzyżują się w parku, czy też w domu, kiedy sąsiad dokona najwyższego aktu postawy obywatelskiej, potocznie zwanego donosem.

Policja u pacjentów medycznej marihuany: jak wygląda wizyta? (WIDEO)

Nam w udziale przypadła ta druga sytuacja, o której opowiemy Wam na początku tego artykułu, albowiem najpierw wypada poznać przede wszystkim tło zdarzenia. Może mieć ono w końcu niebagatelny wpływ na jego finał.

Confident (eng.) — przekonany, pewny, pewny siebie

Nasze zmagania z Warszawą (a raczej z pewnym typem jej mieszkańców) przez ostatnie 4 lata zachowamy na później, bo to są rzeczy z pozoru zabawne, a jednak moralnie tragiczne oraz rozległe, a nie chcemy, żeby ten artykuł przyjął nagle formę opisów przyrody u Elizy Orzeszkowej — dość zepsutej przyrody, wypada nadmienić.

W końcu gdy sąsiad oskarża was publicznie o handel psychotropami, bo macie inny rodzaj pracy (i jej różne godziny) niż on, no to sami wiecie…

Wizytę policji załatwił nam jednak inny sąsiad — równo dwa dni po tym, jak dowiedział się, że zostaliśmy pacjentami medycznych konopi. Jeszcze wcześniej wydzierał się do nas, że jak nie przestaniemy „jarać tego trawska”, to do nas zejdzie i nam „najebie”, bo jego córkę boli głowa od narkotycznych oparów, które rzekomo trafiały z prędkością światła z parteru na czwarte piętro.

Nie wspominając o tym, że w tamtym czasie głównie waporyzowaliśmy konopie, a palić zdarzało nam się wtedy, gdy Pax się rozładował albo wymagał czyszczenia.

Ach, ci agresywni użytkownicy konopi.

Nie pomogło tłumaczenie, że mamy receptę, robimy wszystko legalnie i przyjmujemy konopie zgodnie z zaleceniami lekarza. Równo dwa dni po komunikacie „no to jeszcze zobaczymy, czy to jest legalne” — słowo ciałem się stało… i sprzedało.

Dzień dobry, chciałem zgłosić dwójkę uśmiechniętych ludzi jedzących pizzę, prawdopodobnie są najedzeni po zęby!

Sami nie wiemy za bardzo, od czego zacząć, więc może zaczniemy od pizzy.

Zaraz po skończeniu pracy poszliśmy do kuchni, żeby starym zwyczajem ukręcić pizzkę, a przed samą pizzką ukręcić lekarstwo, wszak lekarz zalecił rozłożenie dziennej dawki na cztery porcje.

Akurat w tle leciało 21 Jump Street, więc nadchodząca sytuacja nie mogła być bardziej stereotypowa.

Pizza nie zdążyła jeszcze ostygnąć, a tu nagle pukanie do drzwi. Myślimy sobie — nietypowa pora jak na kominiarza, ale co tam, mają fajne kalendarze, przynoszą szczęście, to zaraz się złapiemy za guzik i po sprawie.

A tu zonk, bo mundur w innym kolorze, no i po retorycznym „kto tam”, wiadomo było, że ktoś w naszym bloku wszedł na wyższy poziom pewności siebie (ang. confidence).

Okazało się, że panowie przyjechali w odpowiedzi na anonimowe wezwanie, wedle którego w naszym mieszkaniu spożywane były nielegalne substancje psychoaktywne.

Ale jakie substancje, panowie?

MARIHUANĘ!

Panie władzo… Owszem, psychoaktywne tak, nawet nazwa się zgadza, ale w żadnym razie nie nielegalne — zapraszamy do środka.

No i tutaj nastąpiła bardzo niezręczna sytuacja, bo przecież nieczęsto się pewnie zdarza, że osoba łamiąca prawo zaprasza funkcjonariuszy do domu, żeby mogli sobie w detalach zobaczyć, jak się to prawo łamie.

Co ciekawe, ta sytuacja była wyraźnie nowa również dla samych panów policjantów, bo byli niesamowicie zmieszani i jednocześnie bardzo ciekawi. Tu musimy ich bardzo pochwalić, bo zachowali się bardzo profesjonalnie.

Po zapoznaniu się z lekiem, pudełkiem i całą dokumentacją dali szybkie zawiadomienie do centrali, żeby potwierdzić, że okazane przez nas dokumenty wystarczą, aby odstąpić od dalszych czynności i dać w spokoju pacjentowi zaczerpnąć leku i kawałka pizzy.

Nawet przeprosili za kłopot i prosili o wyrozumiałość, bo pierwszy raz się zetknęli z taką sytuacją. Zostaliśmy jeszcze tylko poinformowani, że po weekendzie może nas odwiedzić dzielnicowy, gdyby okazało się, że do tych dokumentów czegoś brakowało.

Nikt nas jednak nie odwiedził, ani po weekendzie, ani za dwa tygodnie, ani za miesiąc.

Ach, słodka wolności.

Jak to się stało, że nic się nie stało?

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że panowie policjanci od samego początku poinformowali nas, że jedyne, co oni muszą zweryfikować w tej sytuacji, to fakt, że faktycznie jesteśmy w posiadaniu legalnie zakupionego suszu. Wbrew naszym wcześniejszym obawom, nie zależało im na nabiciu statystyk i przeliterowaniu każdego wyrazu na wszystkich dokumentach.

Do kontroli policyjnej niezbędne są trzy rzeczy:

  1. Dowód osobisty
  2. Susz konopny w hermetycznym opakowaniu z apteki
  3. Dokument pozwalający na połączenie dwóch powyższych z właścicielem suszu, tj. skan recepty z apteki lub dokładna nazwa leku na zaświadczeniu lekarskim (w tym przypadku Cannabis Sativa L., Red No. 2)

Jeśli macie przy sobie te wszystkie rekwizyty — jesteście w bezpiecznej pozycji.

Najważniejszy jest jednak punkt trzeci, bo bez dowodu zakupu / kwitka uprawniającego Wasze imię i nazwisko do posiadania konopi możecie jedynie liczyć na dobroduszność funkcjonariusza i nic więcej — a wiecie chyba, co w języku polskim oznacza słowo „procedura” i jak jego znaczenie rozciąga się w pojęciu administracyjnym.

Jakkolwiek nie buntowałby się w Was teraz wewnętrzny Ikar, to pamiętajcie, że obecny system dla pacjentów jest w powijakach i jeszcze trochę wody w Wiśle może upłynąć, zanim to wszystko się uprości.

Dlaczego nie wszyscy mają to „szczęście”?

W zeszłym tygodniu zrobiło się w mediach głośno o 23-letnim pacjencie medycznych konopi, któremu nieoznakowany samochód policyjny zajechał drogę, a policja zarekwirowała w obliczu całego zajścia jego lekarstwo, ponieważ nie uwierzono w legalność pochodzenia suszu — do posiadania którego przyznał się przy okazji wyjaśnienia, dlaczego wjechał pod zakaz.

Dostaliśmy tego dnia bardzo dużo wiadomości, że co to za przepisy, które nie funkcjonują, że mamy trzeci świat, że jak zwykle policja się popisała — i tym podobne.

My się z treścią artykułu zapoznaliśmy, sami nawet byliśmy podczas tego wzburzeni, że jak to, no przecież chłopak wyraźnie okazał wszystkie zaświadczenia, a oni mu zabrali lekarstwo, które nie dość, że jest mu potrzebne, to jeszcze swoje kosztuje.

I wtedy dotarliśmy do poniższego zdania:

Mężczyzna miał to dosyć nietypowo zapakowane, w folię spożywczą. Jeśli to jest w hermetycznym pudełku, nie budzi zastrzeżeń i wówczas odstępujemy od czynności.

To są słowa pełnomocnika lokalnej policji, z których można wnioskować, że pacjent nie musiałby nawet pokazywać zaświadczeń/recepty, gdyby trzymał susz w aptecznym pudełku.

Wiecie, bez sytuacji typu: „mhm, no dobrze, ma pan susz w pudełku, fajnie… A jakieś dokumenciki, dowód zakupu, recepta, coś?”

A jak by tego nie próbować tłumaczyć, to sytuacja, w której 3 gramy suszu z 10 lądują w folii spożywczej luzem w samochodzie, jest co najmniej podejrzana.

Nie mówiąc już o tym, że trzymanie zioła gdzie indziej niż w próżniowym pojemniku sprawia, że policja wcale nie musi konfiskować leku, żeby pacjent stracił pieniądze.

Jeden wielki absurd

Dlaczego absurd?

Bo dorosłych ludzi nikt nie pyta, po co im dwie paczki ibuprofenu albo czy ten syrop na kaszel to na pewno nie w mniejszym opakowaniu, bo pan pacjent wcale na takiego chorego nie wygląda.

Ludzie też nie mają zwyczaju dostawiać w domu specjalnej gablotki na recepty na inne leki w razie niezapowiedzianej kontroli policyjnej.

W świetle obecnych dowodów naukowych konopie są lekiem o niezwykłym potencjale terapeutycznym o minimalnych i śmiesznych skutkach ubocznych, jeśli porównamy je choćby z wyżej wymienionym ibuprofenem. Co najważniejsze, kannabinoidów nie da się przedawkować, więc tym bardziej rozbraja nas strach przed tą rośliną.

A z drugiej strony absurdem jest dla nas to, że skoro po tylu latach prohibicji coś zaczyna się zmieniać i na własnym podwórku możemy legalnie korzystać z konopi w celu poprawy zdrowia i jakości życia, to dlaczego dopuszczamy się tak skrajnie nieodpowiedzialnych zachowań, jak wożenie leku w cienkiej folijce zamiast w próżniowym opakowaniu z apteki?

Skoro żyjemy w symbiozie z obecnym systemem, to jeśli on ułatwia nam pewne rzeczy, pokażmy, że jesteśmy na tyle odpowiedzialni, żebyśmy kiedyś mogli doprowadzić do takiej zmiany, jaka miała miejsce ostatnio w Kanadzie, a do której przygotowuje się coraz więcej krajów.

Zamiast „liczyć na farta.”

A jak wygląda kontrola w przypadku suszu CBD?

Susz CBD pozyskiwany jest z kwiatów konopi siewnych (ang. hemp), które tak samo jak marihuana należą do gatunku Cannabis Sativa L., z tą jednak różnicą, że konopie siewne uprawiane w Polsce mają stężenie THC poniżej 0.2% — a zatem nie są w stanie wywołać efektów szeroko określanych jako „haj”.

Mimo braku efektów psychoaktywnych, susz CBD ma wiele właściwości prozdrowotnych, począwszy od działania antylękowego poprzez zmniejszenie napięcia fizycznego, regulację układu nerwowego, aż po właściwości przeciwzapalne, antyoksydacyjne i neuroochronne.

Taki susz nadaje się do palenia lub waporyzacji, ale stanowi też materiał wyjściowy do takich produktów, jak masła CBD (i wszelkie inne tłuszcze do gotowania) czy oleiste ekstrakty.

W Polsce możemy go zupełnie legalnie kupić online oraz stacjonarnie w sklepach konopnych.

Dla wprawnego oka susz z konopi siewnych da się od razu rozróżnić od suszu z wysokim stężeniem THC, ale na pierwszy rzut oka można je pomylić, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z dobrze wykurowanym suszem CBD.

Dlatego właśnie na suszu CBD umieszcza się informację o tym, że producent nie odpowiada za zawartość opakowania po zdjęciu plomby.

Chodzi bowiem o to, że jeśli zdejmiecie plombę z opakowania, to producent umywa ręce od tego, co Wy z nim dalej zrobicie. Teoretycznie więc można próbować pana władzę wkręcić, że ten susz to czyste CBD, a czerwone oczy to po alergii na roztocza, na którą stosuję właśnie ów susz.

Jeśli więc dojdzie do sytuacji, w której macie przy sobie susz CBD w odplombowanym pojemniku, to policjant może Wam nie uwierzyć, bo taki produkt trudniej jest zweryfikować na miejscu niż medyczne konopie.

To z kolei może skutkować zatrzymaniem do wyjaśnienia i oczekiwaniem na wyniki ekspertyzy laboratoryjnej, po której (jeśli to było CBD), wyjdzie, że susz i tak nie przekracza legalnego stężenia THC i nic się nie stanie.

Ale co się najecie stresu, to Wasze.

Na chwilę obecną wychodzi więc, że paradoksalnie posiadanie CBD generuje większy mętlik niż bycie w posiadaniu medycznej marihuany zamkniętej w hermetycznym pojemniku.

Na koniec tego materiału, chielibyśmy się podzielić mądrym przesłaniem z anonimowego cytatu znalezionego w Internecie (nie stawia ono żadnych poważnych tez, dlatego sobie na nie pozwalamy):

„Be that responsible stoner the society believes doesn’t exist.”